Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 263 485 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Duchowa samotność

niedziela, 20 lutego 2011 17:42

Według wyników badań poziomu czytelnictwa w Polsce, przeprowadzonych przez Bibliotekę Narodową, ponad połowa Polaków nie czyta nawet krótkich tekstów.

 

Czy społeczeństwo wiedzy, które budujemy w Polsce, to kolos na glinianych nogach? Wzrost liczby studentów i szkół wyższych nie przekłada się na jakość wykształcenia. Potwierdza to badanie Biblioteki Narodowej: aż 20 procent osób z wyższym wykształceniem nie czyta praktycznie nic. Niczego dłuższego niż trzy strony nie przeczytała jedna trzecia pytanych o to uczniów i studentów, prawie 40 proc. specjalistów i menedżerów oraz połowa urzędników.


Więcej... http://wyborcza.pl/1,76842,9120184,Trzy_strony_to_za_duzo__56_proc__Polakow_nie_czyta.html#ixzz1EVaTjysj

 

Żyjemy w czasach wielkiej niekompetencji, wzrost liczby osób wykształconych wcale nie idzie w parze ze wzrostem liczby osób, posiadających wiedzę, wystarczającą do wykonywania zadań, których się od nich oczekuje. Ma to swoje dobre strony – kiedyś ufałam bezgranicznie opinii specjalistów, dziś, kiedy wybitny profesor mówi, że wrzody w przewodzie pokarmowym i refluks są w zasadzie nie do wyleczenia i co najwyżej zamienia mi jeden lek na drugi, podobnie działający, oraz utrzymuje, że stan wątroby i woreczka żółciowego nie ma nic wspólnego z dolegliwościami żołądkowymi – i bierze za swoja poradę 200 zł – idę do innego lekarza. Bo po latach doświadczeń nauczyłam się wreszcie ufać samej sobie i swojej intuicji. Szukam tak długo, aż wreszcie ktoś zacznie interesować się przyczyną a nie leczyć skutki. Szkoda, że tak późno, ale wciąż jeszcze pokutuje we mnie przekonanie, w którym wyrosłam, że inni generalnie są ode mnie mądrzejsi i wiedzą lepiej.

Ogólny chaos i dezinformacja, które powoli osiągają swoje apogeum, biorą się z nadmiaru informacji właśnie, z nieograniczonych możliwości, jakie oferują nam nieustannie rozwijające się media. Wybór. Wolna wola. Otóż to. Wciąż nie jesteśmy na nią przygotowani.

To tylko dygresja, wcale nie o braku kompetencji chciałam dzisiaj pisać, ani skarżyć się, a tym bardziej się mądrzyć. Chciałam napisać o książkach, obrazach, muzyce i twórcach, którzy nas znajdują wtedy, kiedy do nich dojrzewamy. Kiedyś czytałam, oglądałam, słuchałam wyłącznie dzieła, w całkowitym oderwaniu od ich autorów. Po prostu w ogóle mnie to nie interesowało. Dziś większość moich lektur to wszelkiego rodzaju dzienniki, pamiętniki, biografie. W dużo większym stopniu koncentruję się na twórcy – i dopiero wtedy przemawia do mnie w pełni jego dzieło. Usiłuję zrozumieć dlaczego właśnie ta książka, ten obraz, ta muzyka działa na moją wyobraźnię, serce, umysł, co takiego istniało w człowieku, który to dzieło stworzył, jaka cecha charakteru lub przekonanie sprawiło, że jego przekaz stał się dla mnie tak bezpośredni. Mówiąc krótko – zastanawiam się czego mogę się dowiedzieć o samej sobie, poprzez fakt, że porusza mnie czyjś duch. Coraz bardziej dochodzę do wniosku, że tym, co uruchamia moją duszę, każe jej rozwijać się i wznosić, jest pojęcie Czasu. Czas, który koncentruje się na chwili obecnej, chwila, która istniała od zawsze i istnieć będzie w nieskończoność. A to znaczy, że Varmeer malując Dziewczynę z perłą malował ją również dla mnie, tak, jakby pisał list do przyjaciela, a Proust pisał „W poszukiwaniu straconego czasu” jakby ze mną rozmawiał. Virginia Woolf wciąż próbuje pojąć śmierć, oswajając mnie z tym tematem a Jarosław Iwaszkiewicz uczy jak zaakceptawość poczucie dogłębnej samotności. Byłam tam z nimi tak, jak oni teraz ze mną. Mój świat wewnętrzny zaludnia cały poczet artystów, którzy pomagają mi zrozumieć kim jestem i jakie jest moje przeznaczenie na tej ziemi.

Z tej perspektywy myśl o ludziach, którzy nie czytają, jest bolesna. Skazuje ich to na duchową samotność.

 

P.S Jeśli chodzi o wyróżnienie, to oczywiście wyróżniam wszystkich przyjaciół mojego bloga - za to, że są (*-*)


Podziel się
oceń
0
0

Radosny poranek

wtorek, 15 lutego 2011 11:22

Wpadam tu tylko na chwilkę, bo zaraz pędzę do Warszawy. Dziś wyjatkowy dzień - gram "Boga" w Teatrze Polonia, to dla mnie zawsze takie osobiste małe święto. Słoneczko grzeje pięknie, więc mimo że to ciągle luty, budzi się wiosna w moim sercu i chce się żyć, działać, grać...Nie wiem czy to dieta pozbawiona słodyczy z zewnątrz skłania mnie to wytwarzania jej wewnętrznie i odczuwania przyjemnosci w każdym, najlżelszym przejawie życia, czy też zewnętrzna aura, ale czuję się dobrze i chciałam się tym swoim radosnym nastrojem podzielić :-). Wczorajszy "Dzień Miłości" minął mi bardzo pracowicie, chociaż pięknie, i nie zdążyłam życzyć wszystkim DUŻO WSZECHOGARNIAJĄCEJ MIŁOŚCI ZAWSZE I WSZĘDZIE!

Na blogu u Genevieve miła niespodzianka - zostałam wyróżniona, bardzo jej za to dziękuję.

 

Pomyślę o tym jak podzielić się tym wyróżnieniem z innymi, ale trochę później, bo muszę już biec do moich zajęć...


Podziel się
oceń
0
0

Pokój z widokiem

środa, 09 lutego 2011 18:31

Życie średnich i wyższych klas na przełomie XIX i XX wieku, szczególnie tych ich przedstawicieli, którzy nie musieli troszczyć się o swój chleb powszedni, było bardzo przyjemne. Czas, który można poświęcić praktycznie wyłącznie sobie – kształcić się, czytać, podróżować, zbierając w ten sposób wiedzę o świecie i ludziach. Czasem udało się tę wiedzę „przekuć” na sztukę – muzyczną wrażliwość, malarską wyobraźnię czy erudycję literacką. Czy rzeczywiście to tak bardzo „pasożytnicze”, jak zwykła sądzić pracująca część społeczeństwa? Pieniądze szczęścia nie dają, ale mogą dać coś niezwykle cennego – czas, potrzebny do samorozwoju, co ostatecznie wzbogaca otoczenie. Angielska młodzież z dobrze sytuowanych domów, kiedy kończyła edukację w kraju, zwykle wyjeżdżała do Włoch, Grecji, Egiptu i innych krajów o bogatej kulturze, aby na miejscu poszerzać swoją wiedzę. Szczególnie do Włoch, kolebki renesansu, a jeszcze lepiej do Florencji. Tam właśnie udała się panna Lucy Honeychurch wraz z przyzwoitką, aby ostatecznie odnaleźć samą siebie. Powieść „Pokój z widokiem” E.M.Forstera, znakomitego brytyjskiego pisarza, członka „grupy Bloomsbury”, przyjaciela Wirginii Wolf, bardzo dobrze oddaje atmosferę społeczności, która nagle budzi się z letargu, odkrywając nieznane do tej pory zakamarki duszy, instynkty i całą sferę nieznanego, wyrywając ją z okopów konwenansów i przyzwyczajeń.

Usiłowałam już uporać się z tą książką w języku angielskim – córka pożyczyła mi ją w oryginale – ale przyznam szczerze, że szło mi to dość opornie, może dlatego, że traktowałam całą sprawę jako pretekst do utrzymania kontaktu z językiem, którego nie używam zbyt często i którego znajomość z dnia na dzień zanika. Widziałam też film ze znakomitą Heleną Bonham Carter, więc też nie byłam zbytnio zainteresowana przebiegiem zdarzeń. Kiedy jednak kupując ostatnio „Zwierciadło” zauważyłam, że dołączono ją do miesięcznika, bardzo się ucieszyłam. Niestety – lubię ułatwiać sobie życie…w każdym razie przeczytałam z przyjemnością, bo klimat przełomu poprzednich wieków zawsze mnie fascynował, chciałam też zapoznać się z twórczością E.M.Forstera, z którym bardzo liczyła się Wirginia Wolf.

Ach jak bardzo bym chciała prowadzić takie życie, jak ostatnio, ale bez troski  o jutrzejszy dzień…


Podziel się
oceń
0
0

Spacer

niedziela, 06 lutego 2011 16:52

W czasach, kiedy członkowie niektórych rodzin nie musieli pracować, bo poprzednie pokolenia na to zapracowały i oddawali się tak "próżnym" zajęciom jak studiowanie literatury, muzyki i ogólnie sztuki oraz budowaniem relacji międzyludzkich poprzez kultywację życia towarzyskiego, codzienny spacer był nieomal obowiązkiem. Bohater Prousta spacerował  w "stronę Swanna" lub w "stronę Guermantes" - ileż wspomnień i głębokich przeżyć doświadczał podczas tych niezmiennych rytuałów.

Bo dokoła Combray były dwie "strony" przechadzek, i tak przeciwne, że zależnie od tego, w którą stronę się miało iść, wychodziło się z domu inną bramą. Jedna to była strona Meseglise-la-Vineuse, którą nazywało się również "Stroną Swanna", bo idąc tam przechodziło się koło posiadłości pana Swanna; druga - "strona Guermantes".[...]

Ale o wiele większą rolę niż odległości kilometrowe grała dla mnie odległość istniejaca między dwiema partiami mózgu, którymi myślałem o Meseglise i o Guermantes: coś, co nie tylko oddala dwie rzeczy, ale je dzieli i mieści je na różnym planie. I ta linia demarkacyjna stawała się tym wyraźniejsza, ponieważ zwyczaj nasz, aby nigdy nie chodzić w dwie strony jednego dnia, ale zawsze raz w stronę Meseglise, innym razem w stronę Guermantes, zamykał je, aby tak rzec, daleko od siebie, niepoznawalne dla siebie nawzajem, w szczelnych i pozbawionych komunikacji ze sobą naczyniach dwóch różnych popłudni." (M.Proust "W poszukiwaniu straconego czsu" T.I W stronę Swanna)

Bez wypraw po okolicznach polach i wsiach być może nie powstałoby ani jedno dzieło Virginii Woolf.

Kiedyś nie lubiłam spacerów, wydawały mi się bezproduktywnym zajęciem, stratą czasu, ja musiałam iść w jakimś celu. Teraz je polubiłam, tak samo jak życie, które zwolniło tempa i kazało uważniej przyjrzeć się temu, co mnie otacza. Dziś, nie zważając na pogodę, spacerowaliśmy z mężem po okolicznych polach i lasach, otwierając przed sobą umysły i serca, prowadząc rozmowy czasem bolesne, to znów radosne, chłonęliśmy w siebie rzeźkie powietrze, spokój drzew, widok biegnących w oddali saren i było dobrze. Przez chwilę nic nie musiałam, nigdzie nie dążyłam, po prostu - byłam.

 


Podziel się
oceń
0
0

Droga do szczęścia

piątek, 04 lutego 2011 19:29

Remek, jak zwykle, motywuje mnie do działania i  do bardziej regularnych wpisów. Jestem mu za to bardzo wdzięczna, bo niestety, jeśli nie muszę czegoś robić, to z przyjemnością tego nie zrobię. Dyscyplina jest moją słabą stroną, jej konieczność jednak towarzyszy mi przez całe życie. W astrologii tę cechę reprezentuje surowy Saturn, który tak się ustawił w moim horoskopie, że nie odpuszcza…Właśnie zafundował mi przymusową dietę, skoro nie chciałam z własnej woli. I wreszcie zrozumiałam to, przed czy broniłam się przez wiele lat – muszę go pokochać! Polubiłam więc kaszę jaglaną, płatki owsiane, gotowane warzywa, kwaśne owoce i życie bez cukru oraz chleba. Naprawdę. Pomijając początkowy dyskomfort, rezultatem jest dużo lepsze samopoczucie i strata 10 kilogramów. Całe szczęście ta dieta w swej najsurowszej postaci nie jest na zawsze, bo smutne by było takie życie bez smaku…

Ostatnio mam więcej czasu dla siebie, więc oprócz tego, że robię porządek ze zdrowiem, odrabiam zaległości w oglądaniu filmów.  

„Revolutionary Road”, przetłumaczony u nas jako „Droga do szczęścia”, to film niezwykły w dzisiejszych czasach, bo chociaż zrealizowany na podstawie książki, napisanej przez Richarda Yatesa w latach 50-tych, nic nie stracił na swojej aktualności. Oto pozornie szczęśliwe małżeństwo, posiadające wszystko, o czym marzyło ich pokolenie – piękny dom, udane dzieci, dobrą praca, stabilizację, poczucie bezpieczeństwa.  Mają wszystko – oprócz szczęścia. Brzmi znajomo. Bo na obrazku wszystko tak pięknie wyglądało, amerykańskie filmy pokazywały nam szczęście, o którym marzyliśmy – skąd mogliśmy wiedzieć, że za tą fasadą kryje się pustka i beznadzieja. Ani się obejrzeliśmy a utkwiliśmy w pułapce bez wyjścia, uwikłani w rodzinne zobowiązania,  kredyty, debety, karty kredytowe…moje pokolenie, chociaż otwarto nam drogę do samorealizacji, bardzo często wybierało to papier mache. Niektórzy się przystosowali, bo to pułapka bez wyjścia, co fenomenalnie pokazali Kate Winslet i Leonardo di Caprio. Znakomity film, fantastycznie zagrany, nawet role drugoplanowe są niezwykłe, jak na przykład postać psychicznie chorego Johna, który tak naprawdę jest jedynym „normalnym”, świetnie zagrana przez Michaela Shannona i oczywiście moja ukochana Kathy Bates, która jeszcze nigdy mnie nie zawiodła. Film do wielokrotnego oglądania! Na pewno sięgnę też do książki, chociaż naprawdę już nie wiem kiedy…

A tymczasem kciuki mi bieleją, bo moja córka rozpoczęła próby do „Traviaty” w Operze Bałtyckiej. Dziś miała na scenie 60 osób. Kiedy ona dorosła?


Podziel się
oceń
0
0

Zdjęcia w galeriach.


sobota, 19 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  74 660  

Kalendarz

« luty »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
28      

Nazywam się Elżbieta Czerwińska. Jestem aktorką

Nazywam się Elżbieta Czerwińska. Jestem aktorką, która po latach nieobecności wraca na scenę. Pracowałam w Teatrze "Wybrzeże" w Gdańsku, Teatrze im.St.Jaracza w Olsztynie a w Warszawie w Teatrze Narodowym, Teatrze Na Woli oraz Studio.
Wróciłam na scenę monodramem Anny Mentlewicz "Kochany Synu" w reż. Remigiusza Grzeli. Emisja jego wersji telewizyjnej odbyła się na żywo 4 lutego 2008 w TVP Kultura w ramach "Czytania dramatu", natomiast premiera warszawska wersji scenicznej odbyła się 13 października 2008 w DKŚ na ul.Smolnej. Za ten spektakl otrzymałam nagrodę za osobowość sceniczną na VII Ogólnopolskim Przeglądzie Monodramu Współczesnego 2009 w Warszawie.
15 listopada 2008 w Teatrze Polonia odbyła się premiera "Boga" Woody Allena w reż.Krystyny Jandy - gram tam kilka postaci (Kobieta z widowni, Pytia i Kobieta z nożem w plecach).
Ten blog jest opisem moich zmagań z trudnym, bo późnym, powrotem na scenę.

O moim bloogu

Zmagania z powrotem na scenę po latach nieobecności. Treści publikowane na tym blogu są mojego autorstwa i stanowią moją własność. Kopiowanie, przetwarzanie i rozpowszechnianie zawartych tutaj zdję...

więcej...

Zmagania z powrotem na scenę po latach nieobecności. Treści publikowane na tym blogu są mojego autorstwa i stanowią moją własność. Kopiowanie, przetwarzanie i rozpowszechnianie zawartych tutaj zdjęć oraz treści bez mojej zgody jest zabronione i stanowi naruszenie praw autorskich - na podstawie Dz.U. 94 nr.43 poz.170 (ustawa o prawie autorskim)

schowaj...

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl