Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 272 507 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Mamo

środa, 26 maja 2010 23:48
Mamo, gdziekolwiek jesteś, w którymkolwiek niebie, w jakimkolwiek świecie ducha czy przestrzeni...dziękuję ci za to, że byłaś...że jestem.
Madre
Mamo

Podziel się
oceń
0
0

Wielka cisza

wtorek, 25 maja 2010 19:25
Poddałam się i zaczęłam wczoraj brać antybiotyki, co jeszcze bardziej zwaliło mnie z nóg, ale daje nadzieję, że jutro już będę mogła pojechać do Warszawy i bardziej świadomie wykonywać jakiekolwiek działania. Przyznam szczerze, że dawno już tak źle się nie czułam i nie jest to tylko sprawa zapalenia zatok, czy też innej infekcji, która zaatakowała mi całą głowę (aż po mózg!) i gardło. Czuję po prostu gigantyczny odpływ energiii...Staram się nie poddawać i przeczekać okres trudnych tranzytów wzmacniając samą siebie, tak abym miała siłę stawić im czoło, ale moje ciało ostatnio osłabło...Staram się więc wzmocnić ducha i ze zwiększonym zaangażowaniem (jeśli tylko akurat nie spię) oddaję się lekturze ulubionych książek, które pozwalają mi na chwilę oderwać się od trudnej i wymagającej wysiłku rzeczywistości.  Jak zwykle czytam kilka jednocześnie - ciągle tkwię w "Biografii Virginii Woolf" Q.Bella, wracam do niektórych fragmentów "Pani Dalloway", rozpoczęłam wreszcie I tom "Dzienników" Iwaszkiewicza, kusi mnie też, żeby wrócić do "Czarodziejskiej Góry" T.Manna, którą czytałam już tak dawno...Lektura nie idzie mi jednak łatwo, bo głowa boli a myśli odpływają...siedzę więc, patrzę na ogród i rozpływam się w tej zieleni, śpiewie ptaków, promieniach słońca...Nie napiszę dziś nic madrego ani głębokiego ani inspirujacego, bo jest we mnie wielka cisza...
Podziel się
oceń
0
0

Antydepresanty

piątek, 21 maja 2010 18:55
Suchy kaszel nie pozwolił mi spać prawie całą noc. Męczyłam się, ksztusząc, zamiast sięgnąć po którąś z ulubionych książek. Nieznośna alergia paliła ogniem szyję...Poza wizytą u lekarza, spędzam dzisiejszy dzień w domu. Wierzę, że rodzaj wycofania i pobyt w miejscu, gdzie towarzyszy mi tylko śpiew ptaków i  widok promieni słońca, kładacych się półcieniem na drzewach i krzewach, wywołujących wszelkie odcienie zieleni, jakie tylko można sobie wyobrazić - działa uzdrawiająco. Kiedyś leczono głównie pobytem na świeżym powietrzu a lekarze na większość dolegliwości zalecali wieś...
Dzisiejsze słońce uzdrawia moją duszę i ciało. Pozwalam mu na to. Zrobiłam sobie "dzień dziecka", czyli do niczego się nie przymuszam, snuję się, trochę śpię, trochę czytam, trochę myślę - po prostu jestem, trwam. Staram się nabrać dystansu do tego, co wydarzyło się w moim zewnętrznym i wewnętrznym świecie w ciągu ostatnich kilku dni. Myślę o tym, że zbyt często, kiedy działa mi się krzywda, pozostawiałam sprawy samym sobie, nie walczyłam, nie broniłam się. Łatwiej mi było reagować gniewem, kiedy niesprawiedliwość dotyczyła kogo innego. A teraz myślę, że trzeba koniecznie dawać wyraz swoim uczuciom, kiedy czujemy się pominięci, zlekceważeni, źle potraktowani. Mamy wręcz taki obowiązek. Dlatego z podziwem obserwuję działania Remka Grzeli, który broni godności - własnej i swoich przyjaciół. Sposób, w jaki rozwiązała z nim umowę WP sprawił, że przypomniałam sobie ile razy sama zostałam podobnie potraktowana. Teraz wiem, że brak szacunku do drugiego człowieka obnaża własne kompleksy. Wciąż nie mogę zrozumieć ludzi, którzy myślą, że jeśli pełnią jakąś funkcję i coś od nich zależy, to będzie tak zawsze...W końcu wszystko, prędzej czy później, zamienia się w swoje przeciwieństwo. Kiedyś usłyszałam: "zwracaj uwagę na tych, których spotykasz wspinając się na szczyt, bo możesz ich spotkać spadając w dół". Bardzo trafna uwaga.
Tymczasem delektuję się aromatyczną kawą z kardamonem, cynamonem i miodem, smakuję pyszne drożdżowe ciasto, które upiekła moja dobra teściowa jako rodzinnego  "antydepresanta" i czytam biografię Virginii Woolf autorstwa Quentina Bella. Już jest lepiej...

Podziel się
oceń
0
0

Milczenie

środa, 19 maja 2010 0:26
Mój mąż powiedział dzisiaj, że minęło już 10 dni od ostatniego wpisu, Małgosia (autorka mojego ulubionego bloga India) już się niepokoi tak długim milczeniem, a ja, po raz pierwszy od rozpoczęcia mojej przygody z blogiem, czuję się pusta i pozbawiona weny...
Strugi deszczu, zalewające szyby mojego samochodu, w którym przychodzi mi ostatnio spędzać coraz więcej godzin (tylko pozornie bezproduktywnych, bo owocują serią głębokich, odkrywczych i zaskakujących nawet mnie samą, przemyśleń) wpływają na mnie dołująco i po raz kolejny każą mi zastanawiać się nad samą sobą, życiowymi wyborami i ich konsekwencjami. Saturn tranzytuje kwadraturą mojego urodzeniowego Saturna, przypominając, że wszystko co trwałe wymaga wysiłku i przychodzi powoli, że na rezultaty moich działań i oczekiwań muszę nauczyć się czekać z pokorą i wiarą, że nadejdą i że obecny czas ograniczeń jest potrzebny po to, abym zrozumiała, że do szczęścia potrzebuję dużo mniej, niż mi się do tej pory wydawało...
Myślę o ludziach, którzy w ostatnich dniach stracili dach nad głową, dobytek, na który pracowali być może przez całe swoje życie...
Myślę o tych, którzy w wyniku kryzysu i zmian strukturalnych w firmach, stracili pracę lub żyją w ciągłym zagrożeniu...
Myślę o tych, którzy poświęcają całe lata budowaniu czegoś, co ktoś inny jednym podpisem przekreśla...
Myślę o Maćku Kowalewskim, dyrektorze Teatru na Woli i moim przyjacielu Remku Grzeli, którzy oddali temu teatrowi swój czas i serce a teraz, w pół drogi, przyjdzie im to zostawić i patrzeć bezsilnie jak inni...
Myślę o tym, że kiedy byłam jeszcze młodą i pełną nadziei aktorką spędziłam w tym teatrze chwile piękne, bolesne, radosne, niezwykłe, pełne uniesień i też przyszło mi zostawić to miejsce, które latami było treścią mojego życia...
Myślę, że Życie to ciągłe zmiany i próba przystosowania się do zmieniających się okoliczności i banalność tego stwierdzenia uderza we mnie jak piorun wiosennej burzy...
Takie myśli nachodzą mnie, kiedy patrzę na zalane deszczowymi łzami szyby i ponure, szare chmury, które uparły się, żeby przypominać nam, że maj bywa smętny a wiosna też potrafi człowieka doświadczyć...
Jako rasowy Strzelec z pięcioma planetami w tym znaku, tryskający optymizmem dopóki chociaż jedna strzała ostała się w kołpaku, źle znoszę takie myśli, tym bardziej niechętnie się nimi dzielę...Czekam więc na pierwszy promień słońca, który przypomni mi, że strzał mam niezliczoną ilość i dopóki tylko jeszcze potrafię naciągnąć cięciwę nadziei...

Podziel się
oceń
0
0

Chwile istnienia...

sobota, 08 maja 2010 1:38
O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny

I pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny,

Dżdżu krople padają i tłuką w me okno...

Jęk szklany... płacz szklany... a szyby w mgle mokną

I światła szarego blask sączy się senny...

O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny...

jak pisał Leopold Staff...

Ale to nie jesień przecież, tylko wiosna wytęskniona, oczekiwana...a jednak nastrój ogarnął mnie smętny i melancholia zabębniła w szyby... Jestem niestety niepoprawną meteopatką, nic na to nie poradzę, jest czas słońca i czas deszczu, czas radości i czas smutku...

I nawet oczyszczająca moje ciało cytryna, pita w pokaźnych ilościach, współgra z tym nastrojem...

Ale to właśnie w takie dni, kiedy wycofuję się z codziennej aktywności na tyle, na ile to możliwe, łapię te prawdziwe "chwile istnienia", o których pisze Virginia Woolf w rozdziale "Szkice z przeszłości", zawartym w zbiorze jej autobiograficznych tekstów, wydanych pod tytułem "Chwile istnienia": " Często kiedy pisałam jedną z moich tak zwanych powieści, zaskakiwał mnie ten sam problem: jak opisać to, co nazywam 'nieistnieniem'. Każdy dzień zawiera o wiele więcej nieistnienia niż istnienia.[...] Już zapomniałam, o czym rozmawialiśmy z Leonardem przy lunchu i przy podwieczorku;chociaż to był dobry dzień, dobro było osadzone w czymś w rodzaju nijakiej waty. Tak jest zawsze. Wielkiej części każdego dnia nie przeżywa się świadomie."

To prawda, tak wiele nieistnienia jest w naszej codzienności, w tych wszystkich "nie cierpiących zwłoki" rzeczach, które wykonujemy rutynowo, tworząc watę dzień po dniu...Lektura tej książki skłoniła mnie do wspomnień z dzieciństwa, próbowałam złapać w myślach i odnaleźć w sercu te chwile, w których istniałam, które zapadły we mnie gdzieś głęboko i oto Virginia, niczym magdalenka u Prousta, wyzwoliła całą lawinę nieuchwytnych wrażeń i przeżyć, które drzemały gdzieś pod progiem świadomości. A więc moje pierwsze wspomnienie? Pokój w mieszkaniu na Poznańskiej - wydawał mi się ogromny, mieszkaliśmy u dziadka i jego żony, musiałam mieć wtedy mniej niż 3 lata. Moja starsza siostra weszła na szafę a ja siedzę przerażona i czuję się źle, ogarnia mnie lęk i napięcie. Czuję beznadziejny smutek i bezradność. Mama wychodząc z pokoju podobno często mówiła: "Elżuniu pilnuj Marzenki", bo to ja byłam ta "grzeczna". Moje pierwsze wspomnienie wiąże się więc z poczuciem odpowiedzialności, czuję ze istnieję, bo do czegoś mnie zobowiązano...Czytając "Chwile istnienia" Virginii Woolf zapragnęłam nagle opisać to, co jeszcze tli się w mojej pamięci, zanim na zawsze odejdzie w nieistnienie...

W każdym razie książka pochłonęła mnie całkowicie a osobowośc autorki mieni się paletą barw, zaskakuje, zmusza do refleksji, bawi. Moja ulubiona częś to szkic dla Klubu Wspomnień pt. "Czy jestem snobką?". Z rozbrajającą szczerością odpowiada TAK:

" Esencją snobizmu jest chęć zrobienia wrażenia na innych. Snob jest istotą o trzepoczącym ptasim móżdżku, która czerpie tak niewiele zadowolenia ze swej pozycji, że po to, by ja umocnić, ciągle macha innym przed nosem jakimś tytułem czy zaszczytem, tak żeby uwierzyli i żeby pomogli jej samej uwierzyć w to, w co sama nie wierzy - że jest w jakiś sposób ważną osobą.

To jest objaw, który rozpoznaję u siebie samej. Świadczy o tym ten list. Dlaczego leży zawsze na wierzchu wszystkich moich listów? Bo jest na nim korona - jeśli dostaję list z wytłoczoną koroną, to w jakiś cudowny sposób wypływa on na wierzch. Często pytam - dlaczego? Wiem doskonale, żadnemu z moich przyjaciół nigdy nie zaimponuje ani nie imponowało to, co robię, zeby im zaimponować. Jednak to robię - oto list na wierzchu. To pokazuje jak wysypka albo plama, że mam tę chorobę. I pytam: kiedy i jak ją złapałam?"

Szczerość i samoświadomość Virginii Woolf po prostu mnie zachwyca...Nie mogę się powstrzymać i zacytuję jeszcze fragment, pokazujący jej stosunek do krytyki, ponieważ wydał mi się wart głębszego zastanowienia:

"Akurat w przeddzień przyjęcia w 'Evening Standard" ukazała się recenzja jednej z moich książek, której autorem był Arnold Bennet. Chyba 'Orlanda'. Gwaltownie go zaatakował. Powiedział, że książka jest nic niewarta, co zniweczyło wszelkie nadzieje, jakie mógł pokładać we mnie jako pisarce. Poświęcił całą szpaltę, żeby się ze mną rozprawić. Otóż choć jestem bardzo próżna - w przeciwieństwie do lady Oxford - moja próżność pisarki jest czysto snobistyczna. Odsłaniam przed recenzentem dużą powierzchnię skóry, ale bardzo niewiele z krwi i kości.[...] Moje głębokie uczucia nie są poruszone. Jedyne krytyki, które ranią, to te niedrukowane, osobiste.

[...] 'Przykro mi, pani Woolf - zaczął - że zszargałem pani książkę wczoraj wieczorem...'.

Jąkał się. A ja wypaliłam, zupełnie szczerze: 'Jeśli decyduję się publikować książki, to moja własna sprawa. Muszę ponosić konsekwencje.'

'Słusznie, słusznie' - wyjąkał. Chyba się zgodził. 'Nie podoba mi się pani książka - ciągnął. Uznałem, że to bardzo zła książka...' - znowu się jąkał.

'Nie może pan nie znosić moich książek bardziej, niż ja nie znoszę pańskich, panie Bennett' - powiedziałam. Nie wiem, czy w pełni to zaaprobował, ale usiedliśmy razem i rozmawialiśmy, i naprawdę dobrze się rozumieliśmy".

Już widzę w dzisiejszych czasach taką rozmowę pomiędzy recenzentem a aktorką, którą skrytykował! Całkowicie niemożliwe. Być może dlatego, że kiedyś krytykowało się dzieło a dzisiaj osoby...

Najwyższy czas pójść wreszcie spać, owinąć się ciepłą kołdrą i zanurzyć się w świat nieistnienia...czy rzeczywiście?...

 


Podziel się
oceń
0
0

Zdjęcia w galeriach.


wtorek, 21 listopada 2017

Licznik odwiedzin:  75 385  

Kalendarz

« maj »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

Nazywam się Elżbieta Czerwińska. Jestem aktorką

Nazywam się Elżbieta Czerwińska. Jestem aktorką, która po latach nieobecności wraca na scenę. Pracowałam w Teatrze "Wybrzeże" w Gdańsku, Teatrze im.St.Jaracza w Olsztynie a w Warszawie w Teatrze Narodowym, Teatrze Na Woli oraz Studio.
Wróciłam na scenę monodramem Anny Mentlewicz "Kochany Synu" w reż. Remigiusza Grzeli. Emisja jego wersji telewizyjnej odbyła się na żywo 4 lutego 2008 w TVP Kultura w ramach "Czytania dramatu", natomiast premiera warszawska wersji scenicznej odbyła się 13 października 2008 w DKŚ na ul.Smolnej. Za ten spektakl otrzymałam nagrodę za osobowość sceniczną na VII Ogólnopolskim Przeglądzie Monodramu Współczesnego 2009 w Warszawie.
15 listopada 2008 w Teatrze Polonia odbyła się premiera "Boga" Woody Allena w reż.Krystyny Jandy - gram tam kilka postaci (Kobieta z widowni, Pytia i Kobieta z nożem w plecach).
Ten blog jest opisem moich zmagań z trudnym, bo późnym, powrotem na scenę.

O moim bloogu

Zmagania z powrotem na scenę po latach nieobecności. Treści publikowane na tym blogu są mojego autorstwa i stanowią moją własność. Kopiowanie, przetwarzanie i rozpowszechnianie zawartych tutaj zdję...

więcej...

Zmagania z powrotem na scenę po latach nieobecności. Treści publikowane na tym blogu są mojego autorstwa i stanowią moją własność. Kopiowanie, przetwarzanie i rozpowszechnianie zawartych tutaj zdjęć oraz treści bez mojej zgody jest zabronione i stanowi naruszenie praw autorskich - na podstawie Dz.U. 94 nr.43 poz.170 (ustawa o prawie autorskim)

schowaj...

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Więcej w serwisach WP

Ale seriale

Pytamy.pl