Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 272 506 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Jagodzianki

piątek, 30 lipca 2010 23:54
Zabrałam się za  "Niewierną" Ayaan Hirsi Ali, bo będę ją niedługo czytać na audiobooka dla niewidomych i chciałam się przygotować. Zaczęłam i nie mogę się oderwać. Jestem wstrząśnięta! Opis obrzezania małych (4 i 5 lat) dziewczynek, którym obcinano łechtaczkę nożyczkami i zszywano tępą igłą wargi sromowe...długo nie mogłam zasnąć...myślałam o praniu mózgu, jakie uczyniono kobietom muzułmankom, które uważały ten zabieg za pożądany i konieczny i robiły to swoim dzieciom i wnuczkom...Dziewczynki nieobrzezane uważane były za "gorsze" i "nieczyste". Opis kultury, w której mężczyzna jest bogiem a kobieta pozbawiona jego "opieki" niczym. Ale kobiety to akceptują, bo taka jest wola Boga a ich powodem do dumy jest pokora, z jaką potrafią znieść upokorzenie. Religia, którą stworzyli mężczyźni dla mężczyzn. Trudno mi to wszystko zrozumieć i zaakceptować. Jakbym myślała, gdybym wychowała się w tej kulturze? Czy robiłabym wyrzuty mężowi, że źle dba o mnie i rodzinę, bo musiałam wyjść sama po zakupy a sprzedawca traktował mnie jak powietrze, bo nie byłam w towarzystwie mężczyzny? W Arabii Saudyjskiej w latach 70-tych kobieta sama nie mogła opuścić lotniska, do taksówki musiał towarzyszyć jej mężczyzna. Takie było prawo. Czy tak jest nadal? Być może to daje muzułmankom poczucie bezpieczeństwa? Zawsze i wszędzie poza domem musi towarzyszyć jej mężczyzna, który nią dysponuje ale ma też obowiązek się nią zaopiekować. Kobiety żyją w nieustannym przeświadczeniu, że każdy mężczyzna czyha na ich cnotę i byle kawałek ciała, który dostrzeże wzbudzi w nim żądze, którym oczywiście winna jest kobieta. Jeśli zostanie zgwałcona to jest to jej wina, bo nie potrafiła się obronić - musi się borykać nie tylko z poczuciem upokorzenia, ale i wstydu, bo okryła hańbą cały ród. Przerażające zasady i mentalność.
A wczoraj w TV "Godziny" Stephena Daldry na podstawie powieści Michaela Cunninghama. Widziałam ten film kilkakrotnie, mam go w domu na DVD, ale i tak nie mogłam odmówić sobie tej przyjemności i obejrzałam go po raz kolejny. Za każdym razem znajduję jakiś szczegół, którego nie dostrzegłam, myśl, która wcześniej mi umknęła...Im więcej wiem o Virginii Woolf, o jej życiu i twórczości, tym więcej znajduję znaczeń. Fascynujaca jest literatura inspirowana powieścią lub osobą autora, w tym wypadku jednym i drugim. Bo w "Godzinach" jest i Virginia i Pani Dalloway i Michael Cunningham i to ich przenikanie tworzy trzy postacie kobiet, które borykają się z podobnym problemem nieprzystosowania, nieumiejętności bycia sobą i życia swoim własnym życiem.
A żeby zmienić trochę nastrój i przestać się tak mądrzyć podaję przepis na jagodzianki babci Lucyny (czyli mojej teściowej). Ta tajemna receptura tworzy arcydzieła sztuki kulinarnej, którymi zachwycają się wszyscy moi goście. Postanowiłam zachować dla potomności przepisy niektórych rarytasów i zaczęłam je spisywać. Dziś jagodzianki, które znikają z półmiska w tempie, który zadziwiłby uczonych. Zawsze zjadam ich zbyt wiele...

Składniki:
1 kg mąki tortowej
10 dkg drożdży
1,5 szklanki cukru
10 żółtek
1 cukier waniliowy
1 margaryna Kasia
mleko 0,5 litra ( nie trzeba zużyć wszystkiego)
1 litr jagód dobrze osłodzonych cukrem

Wykonanie:


Drożdże rozrobić z małą ilością mąki i mleka i zostawić do wyrośnięcia

Żółtka ubić z cukrem
Kasię roztopić

Mąkę posolić 0,5 łyżeczki od herbaty i dodać do niej wyrośnięte drożdże, następnie dodać jajka ubite z cukrem i cukier waniliowy.

Ciasto wyrabiać chwilę, dodać troszkę ciepłego mleka i roztopioną, ciepłą Kasię. Ciasto ma być luźne, jeżeli jest za gęste dodać ciepłego mleka. Dobrze wyrobić i zostawić w cieple przykryte ściereczką aż wyrośnie, podwajając swoją objętość..

Następnie z ciasta wycinać bułeczki (miarką jest szklanka) wyrobić na płasko i w zagłębienie włożyć 1 łyżkę jagód - zawijamy jak pierogi, formując podłużne bułeczki.

Bułeczki układamy na blasze i smarujemy po wierzchu roztrzepanym jajkiem. Zostawiamy w ciepłym miejscu do wyrośnięcia, aż podwoją swoją objętość.

Wkładać do nagrzanego piekarnika w temp. 170 stopni i piec ok.20 minut.

 

Smacznego!


Podziel się
oceń
0
0

Pogoda

wtorek, 27 lipca 2010 19:34
Od kilku dni ciągle słyszę : "Ale nam się pogoda popsuła". Według mnie raczej się poprawiła...przecież nie mogliśmy się już doczekać końca upałów. Ech, człowiek z natury swojej jest nieustannie niezadowolony i żyje w ciągłym przekonaniu, że albo było albo będzie lepiej...a ja ostatnio staram się żyć chwilą obecną, po prostu, nawet jeśli ona nie spełnia moich oczekiwań...
Urodziny i imieniny mojego męża minęły w miłej, głównie rodzinnej, atmosferze. Krzysztof to dziecko słońca, często powtarza, że daje mu ono energię, więc oczywiście teraz narzeka, że ma jej zbyt mało - upały w ogóle mu nie przeszkadzały, codziennie "rżnął i rąbał" drzewo i skakał z radości, twierdząc, że lubi tak spędzać urlop! A ja dopiero teraz mogę oddychać i udało mi się pozałatwiać kilka zaległych spraw. Wieczorem słucham szmeru deszczu, który mnie kołysze i wprawia w nastrój nostalgii i wspomnień...lubię taki stan, czuję się wtedy tak bardzo w sobie samej...aż wreszcie zasypiam, śniąc o kolejnych rolach, ciekawych, interesujacych, rozwijajacych...

Podziel się
oceń
0
0

Orlando

piątek, 23 lipca 2010 0:39
Idą dwa zera przez pustynię, spotykają ósemkę i jedno mówi do drugiego: "tak gorąco a im się jeszcze chce!" - ten stary dowcip nie wychodzi mi z głowy kiedy widzę lub słyszę o jakiejkolwiek aktywności. Patrzeć nie mogę na mojego męża jak tnie drzewo na zimę, bo na sam widok pot ścieka mi po plecach.
Zrobiłam sobie "urlop" (jak bym nie miała go już od dłuższego czasu:-)), ale taki prawdziwy - nic nie robię. Naprawdę. Tylko czytam, ale nawet to przychodzi mi z trudem. Chciałam wybrać coś lekkiego, może nawet głupiego, ale oderwać się nie mogłam od "Orlanda" Virginii Woolf. Porzucony niegdyś dla jakiejś nowości doczekał się wreszcie spełnienia. Z wszystkich książek Virginii, które przeczytałam, lub chociażby rozpoczęłam, właśnie "Orlando" budzi mój największy zachwyt. Uważam, że w tym przypadku Virginia wspięła się na szczyty oryginalności w połączeniu formy i treści. Każde zdanie jak perła na szyi Orlandy, każda myśl jak przesłanie. Forma podszytego finezją i lekkością strumienia świadomości w połączeniu z darem wnikliwej obserwacji, wybujałej wyobraźni i głębokiej refleksji nad naturą płci oraz strukturą czasu sprawia, że ma się ochotę czytać i czytać, w końcu usłyszeć słowa, które powstały w wybitnym umyśle pisarki. Niektóre zdania czytałam na głos, bezwiednie interpretując i nie wiem czy to znakomity przekład Tomasza Bieronia czy myśli samej Virgini sprawiły, że upajałam się dźwiękami, które wydobywały się z mojego gardła, tworzącymi zestaw niezwykłych słów i zdań:
" Teraz, gdy był sam, choroba coraz silniej go toczyła. W nocy często czytał po sześć godzin, a gdy przychodzili do niego z zapytaniem, czy zarżnąć wołu bądź rozpocząć żniwa pszenicy, odsuwał od siebie tomiszcze i patrzył tępo, jakby nie rozumiał co się do niego mówi.[...] Najgorsze jednak jeszcze nie nadeszło. Kiedy bowiem choroba czytania weźmie organizm we władanie, tak go osłabia, iż staje się podatny na tę drugą zarazę, co drzemie w kałamarzu i ropieje w gęsim piórze. Nieszczęśnik zabiera się do pisania.[...] Oddałby ostatni grosz (tak złośliwy jest ten bakcyl), żeby napisać jedną książczynę i zyskać sławę, a przecież wszystko złoto Peru nie kupi skarbu jednej zgrabnej linijki."

Czytając to zdanie nie można się oprzeć wrażeniu, że opisuje własne "męki twórcze":
" Komukolwiek choć trochę zaznajomionemu z wymogami kompozycji nie potrzeba opowiadać tej historii w szczegółach; jak to napisał i zdało mu się dobre; przeczytał i zdało mu się szkaradne; poprawił i podarł; wykreślał; dopisywał; wpadał w uniesienie; w rozpacz; miał dobre wieczory i złe poranki; chwytał idee by je zgubić; ujrzał swą książkę oczyma duszy w skończonym kształcie, po czym zniknęła; przy jedzeniu odgrywał role swych postaci; mamrotał je pod nosem podczas spacerów; raz płakał; raz się śmiał; balansował między takim a owakim stylem; to wolał heroiczny i nadęty; to prosty i zwyczajny; raz opiewał doliny Tempe; to znowu pola Kentu i Kornwalii; nie mógł się zdecydować czy jest najbardziej boskim geniuszem, czy też największym głupcem pod słońcem."
Podoba mi się też u Virginii Woolf zabawa z czasem, który tak jak u Prousta (a również i u Marqueza) płynie bardziej w głąb, niż wzdłuż...
Nie będę się już więcej mądrzyć, bo za gorąco (nawet o tej późnej porze) i zaraz napiszę coś głupiego...jedyna nadzieja, że weekend podobno da nam trochę odpocząć od upałów...

Podziel się
oceń
0
0

Lilie

poniedziałek, 19 lipca 2010 16:30
Piszę z mojego osobistego raju, w którym nawet upały ostatniego tygodnia nie były tak uciążliwe jak wszędzie indziej. Tak właśnie powiedzieli goście, opuszczając to moje miejsce na krańcu świata - "mieszkasz w raju!". Dobrze się tu skryć, szczególnie latem i zapomnieć o wszystkim...dlatego wybaczcie mi to długie milczenie. Staram się ignorować otaczającą mnie rzeczywistość, nieustanne potyczki polityków, brak pracy i obawy o przyszłość. Patrzę na niewinne lilie i przypominam sobie, że mam się nie lękać. Uśmiecham się więc szeroko i wchłaniam w siebie odurzajacy, lekko mdlacy zapach, którym dzieli się ze mną kwiat, zanim zwiędnie.
Jak tu k...a pięknie!! - Taki okrzyk usłyszałam kiedyś od pana, który przywiózł nam drzewo na opał. Słyszę go również w rozmaitych, zwykle bardziej "oględnych" konfiguracjach, kiedy moi goście przyjeżdżają tu po raz pierwszy. Mieszkam w sercu leśnego ogrodu, chociaż to przecież miasto...Przyzwyczaiłam się już i na codzień tego nie dostrzegam, dopiero oczami innych widzę niewinne piękno mojego zakątka świata.
Pisałam już o tym...no cóż... zaczynam się powtarzać i staję się monotematyczna, ale każdego roku, kiedy przychodzi lato cieszę się nim coraz bardziej, chciałabym przedłużyć rozkosz chwil, trwać w nich,  nim zima odbierze mi urok tego miejsca swymi uciążliwymi i coraz trudniejszymi dojazdami do Warszawy.
Weekend spędziłam w doskonałym towarzystwie, było głośno i wesoło, a intelektualne dysputy, dyskusje o teatrze, muzyce i literaturze toczyły się między kolejnymi kęsami karkówki z grilla, łykami piwa i innymi trunkami mniej lub bardziej wyskokowymi - jednym słowem było biesiadnie i uroczo. To zabawne - moja córka przyjaźni się z osobami dużo od niej starszymi, ja przeciwnie - młodszymi i jakoś tak nam się to równoważy...całe szczęście konflikt pokoleń nigdy w moim domu nie był problemem.
A oto moje piękne lilie, którym zaglądałam dziś w samo serce...






Podziel się
oceń
0
0

Lustro

wtorek, 13 lipca 2010 18:24
Być może jesteśmy jak lustro, które w momencie urodzenia rozstrzaskuje się na niezliczoną ilość kawałków, a my potem przez całe życie szukamy tych drobinek usiłujac zebrać się w jedną całość?  Odnajdując jakiś kawałek w drugim człowieku, dziecku, utworze, sztuce, widzimy siebie zniekształconych, może musi minąć całe życie zanim zobaczymy swoją pełnię, utkaną z kawałków...A może nawet nie wystarczy jedno życie...
Kiedy mija kolejny cykl widzę siebie ciągle w tym samym miejscu, żywię tylko nadzieję, że oczko wyżej, ale moje Koło Fortuny obraca się wciąż i miele żarna godzin, które przez wieki obracają się w swoje przeciwieństwo. U schyłku dnia myślę : "marność nad marnościami, wszystko marność", ale każdy dzień budzi mnie nadzieją i wiem, że wszystko jest możliwe, że dana mi będzie kolejna szansa na miłość, spełnienie, miłosierdzie w końcu...że samotność nie będzie już tak dotkliwa, zrozumienie dostępne na wyciągnięcie ręki a wszyscy ludzie zaczą mówić jednym językiem...

Podziel się
oceń
0
0

Zdjęcia w galeriach.


wtorek, 21 listopada 2017

Licznik odwiedzin:  75 380  

Kalendarz

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
262728293031 

Nazywam się Elżbieta Czerwińska. Jestem aktorką

Nazywam się Elżbieta Czerwińska. Jestem aktorką, która po latach nieobecności wraca na scenę. Pracowałam w Teatrze "Wybrzeże" w Gdańsku, Teatrze im.St.Jaracza w Olsztynie a w Warszawie w Teatrze Narodowym, Teatrze Na Woli oraz Studio.
Wróciłam na scenę monodramem Anny Mentlewicz "Kochany Synu" w reż. Remigiusza Grzeli. Emisja jego wersji telewizyjnej odbyła się na żywo 4 lutego 2008 w TVP Kultura w ramach "Czytania dramatu", natomiast premiera warszawska wersji scenicznej odbyła się 13 października 2008 w DKŚ na ul.Smolnej. Za ten spektakl otrzymałam nagrodę za osobowość sceniczną na VII Ogólnopolskim Przeglądzie Monodramu Współczesnego 2009 w Warszawie.
15 listopada 2008 w Teatrze Polonia odbyła się premiera "Boga" Woody Allena w reż.Krystyny Jandy - gram tam kilka postaci (Kobieta z widowni, Pytia i Kobieta z nożem w plecach).
Ten blog jest opisem moich zmagań z trudnym, bo późnym, powrotem na scenę.

O moim bloogu

Zmagania z powrotem na scenę po latach nieobecności. Treści publikowane na tym blogu są mojego autorstwa i stanowią moją własność. Kopiowanie, przetwarzanie i rozpowszechnianie zawartych tutaj zdję...

więcej...

Zmagania z powrotem na scenę po latach nieobecności. Treści publikowane na tym blogu są mojego autorstwa i stanowią moją własność. Kopiowanie, przetwarzanie i rozpowszechnianie zawartych tutaj zdjęć oraz treści bez mojej zgody jest zabronione i stanowi naruszenie praw autorskich - na podstawie Dz.U. 94 nr.43 poz.170 (ustawa o prawie autorskim)

schowaj...

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Więcej w serwisach WP

Ale seriale

Pytamy.pl